Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azjatyckie kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą azjatyckie kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 maja 2016

[It's skin] Todak Todak.

Heloł!

Wrocławskie Dni Fantastyki nadchodzą. Kto się wybiera? Szykuję nowe wcielenie mojej Ariel. Tak, tak, znowu Ariel... Strasznie lubię tą postać, więc zakupiłam po taniości jej sukienkę i czeka mnie jej przerobienie. Wiem, że niektórzy cosplayerzy by mnie zlinczowali za kupowanie stroju, ale mój skill w szyciu nie jest jeszcze wystarczający. W każdym razie pięknie ją przerobię, chociaż nie zdążę z wszystkimi przeróbkami do DFów. 

Ostatnio nie mam weny na lolicie notki, ani na żadne inne, stąd szykujcie się na wysyp recenzji. Muszę znowu zregenerować siły, ale praca magisterska mi nie pozwala.

Dzisiaj recenzja maseczek od It's skin. Dostałam je na urodziny w listopadzie, ale nie lubię otwierać nowych kosmetyków, jeśli nie zużyłam jeszcze starych, więc sobie tak leżały. Maseczki zamówione zostały na Azjatyckim Zakątku. Jeszcze raz napiszę, że sklep jest mega. Szybka realizacja zamówienia, przesyłka doszła bez problemu, a każdy produkt był zabezpieczony, do tego mnóstwo próbek. Bardzo polecam Zakątek!


Maseczki dostałam dwie, ale nie jest to produkt, o którym można pisać eseje, więc zrecenzuję je w jednej notce. Zadaniem niebieskiej maseczki jest nawilżenie, a fioletowej odżywienie i nadanie witalności.
Obie maseczki zapakowane są w urocze okrągłe pudełeczka z odrywanym wieczkiem. Wieczko po oderwaniu można spokojnie ponownie położyć na opakowanie i w ten sposób chronić naszą maseczkę przed wyschnięciem. Jest to duży plus, bo produktu jest tyle, że nie da się go zużyć na raz. Jedno opakowanie starczyło mi na ponad 5 razy.


Niebieska maseczka, zwana Todak Todak Pack Moisture, to maseczka typu "wash off", czyli taka, którą się zmywa. Zawiera ona ekstrakty z roślin morskich, ma oczyszczać skórę, a jednocześnie nawilżać i rozgrzewać.

Maseczka ma bardzo przyjemny, owocowy zapach. Kojarzy mi się z kiwi, ale to pewnie przez jej wygląd. Jak widać, jest zielona i zawiera w sobie malutkie, czarne drobinki. W konsystencji przypomina miód, jest gęsta i lepka. Po nałożeniu zapach utrzymuje się bardzo długo, więc jest przyjemnie.
I to na tyle... po zmyciu moja twarz była tylko troszkę mniej sucha i ściągnięta. Czy była oczyszczona? Może trochę, inne koreańskie kosmetyki w mojej kolekcji radzą sobie z oczyszczaniem o wiele lepiej.


Przejdźmy do fioletowej maseczki, zwanej Todak Todak Pack Vitality. Maseczka zawiera winogrona i jagody, bogate w witaminy. Jest to maseczka typu "overnight", czyli taka, którą nakłada się na noc. Rano nasza skóra powinna być pełna życia, świeża i promienna.


Maseczka jest kremowa o lekko fioletowym kolorze. Zapach to jest coś, co absolutnie mnie urzekło i sprawiło, że na pewno jeszcze wrócę do tego produktu. Pachnie, jak winogronowy sok, który uwielbiam. Zapach utrzymuje się bardzo długo, więc bardzo przyjemnie się w niej zasypia. Po zaschnięciu tworzy na twarzy gładką powłokę. Rano twarz jest rzeczywiście świeża i promienna. Fioletowa maseczka spisuje się zdecydowanie lepiej, niż niebieska.

Krótka recenzja, ale mam nadzieję, że treściwa. Ja wracam do przeistaczania się w magistra, do szykowania nowej sukni Ariel i planowania postów dla Was. 
Do zobaczenia w kolejnym poście lub/i na Dniach Fantastyki!

wtorek, 29 marca 2016

[Holika Holika] Charcoal Egg Soap.

Cześć!

Nareszcie wiosna, taka prawdziwa! Zaczęłam w końcu chodzić na spacery, rozkoszować się naturą i żyć. No i wracam do Was z nową energią! Już za tydzień Pyrkon, więc u mnie praca nad strojem wrze. A Wy już gotowi?

Wiem, że święta się skończyły, ale pozostańcie jeszcze przez chwilę w świątecznym klimacie i przeczytajcie recenzję czarnych, jak sam Szatan jajek do twarzy!


Moje mydełko od Etude House powoli kończy swój żywot, a jest bardzo trudno dostępne. Musiałam więc poszukać jakiejś alternatywy. Szukałam, czytałam i mój wybór padł na mydełka od Holika Holika. I tak o to po 3 tygodniach dzierżyłam w swych dłoniach czarne jaja! Ale po kolei...

Zacznijmy od tego, co widać gołym okiem. Mydełko, a właściwie mydełka przyszły do mnie w uroczym opakowaniu (azyjatyckie opakowania wymiatają) na jajka. Małe, zamykane opakowanie... bardzo praktyczne. Mydełka zawsze można schować i wpakować do kosmetyczki bez obawy, że będą dotykały wszystkiego co napotkają na swojej drodze. Obydwa mydełka były owinięte folią, co daje dodatkowy komfort użytkowania, nie muszę się martwić, że jedno z nich wywietrzeje i nie zdążę go zużyć. Napis na naklejce głosi, że są hendmejd.


To co od razu rzuca się w oczy, a właściwie w nos to zapach. Jest naprawdę bardzo silny, położone na stoliku mydełka wypełniły zapachem cały pokój. Cóż to za zapach? Mi kojarzy się ze świeżym praniem, dla mnie na plus bo uwielbiam ten zapach.


Jak to szatańskie mydło działa? Magiczny specyfik przeznaczony do skóry tłustej i z niedoskonałościami. Mydełko wzbogacone jest jajkiem, bogatym w kolagen oraz węgiel. Zmniejsza i czyści pory, jest idealny dla cery skłonnej do przetłuszczania się, a także poprawia przepływ krwi i jędrność skóry. Przepływu krwi nie mierzyłam, skórę mam jeszcze jędrną, aż tak stara nie jestem. Za to jestem pewna na 99,9%, że zmniejsza i czyści pory. Twarz po nim jest taka czyściutka i oczyszczona z zaskórników, dodatkowo widzę, że moje brzydkie pory wracają do względnej normy. Skóra jest czysta, matowa i przyjemna w dotyku, bardzo fajnie nakłada się makijaż. 

Samo stosowanie mydełka jest bardzo przyjemnie, wytwarza ono aksamitną i mięciutką pianę, która w bardzo przyjemny sposób oczyszcza naszą skórę. Nadaje się też do masażu twarzy. Do tego ten piękny zapach... Sama przyjemność!

Z czystym sumieniem mogę polecić to mydełko osobom, które tak jak ja, zmagają się z problematyczną cerą z niedoskonałościami. Jedyna wada to kształt mydełka, bardzo często ucieka z mokrej dłoni i zmuszona jestem gonić je po umywalce. No ale bez tego kształtu nie byłoby jajkiem, więc... wybaczam!


Chwilowo przerywam lolici cykl na rzecz paru recenzji i poszukiwania inspiracji. O czym chcielibyście przeczytać w loliciej tematyce? Co Was najbardziej interesuje? A może macie jakieś inne pomysły na notki? Jestem otwarta na propozycje!

piątek, 5 lutego 2016

[Etude House] Maseczka na twarz "I Need You" Hyaluronic Acid.

Hej, hej! 

Mała przerwa od lolitowania, muszę w końcu skończyć cykl notek z kosmetykami zakupionymi w Azjatyckim Zakątku. Trochę się to ciągnie, bo najpierw chciałam zużyć starsze kosmetyki, nie lubię marnotrawstwa. Dzisiaj pod lupę bierzemy maseczkę od Etude House.

Dopiero teraz widzę, w jak słabej jakości jest to zdjęcie ;_;
Masek z serii I Need You do wyboru jest aż 23, każda z nich ma unikatowe działanie. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ja zdecydowałam się na tą z kwasem hialuronowym, ponieważ miewam problemy z suchą skórą, zwłaszcza zimą. Zadaniem mojej maseczki jest głębokie nawilżenie.
Maseczka jest w uroczym opakowaniu, gdyby nie słaba jakoś zdjęcia, widać by było, że na kroplach wody są urocze uśmieszki. Widać? 
Maska nie jest w formie kremu, ale w formie tak zwanej sheet mask, czyli maski, nasączonej odpowiednią substancją, którą po prostu nakładamy na twarz. Sama "maska" przypomina w dotyku wilgotną chusteczkę. Cóż... efekt po nałożeniu jest dosyć upiorny, dlatego oszczędzę Wam mojego zdjęcia w niej i posłużę się bardzo adekwatnymi przykładami:
 
Maseczkę nakładamy na oczyszczoną skórę twarzy i pozostawiamy na około 20 minut, po tym czasie zdejmujemy, a resztę specyfiku delikatnie wklepujemy w twarz, nic nie trzeba zmywać. 
Forma, w jakiej podana jest maseczka, jest niesamowicie praktyczna. Nie trzeba niczym się brudzić, nic smarować, martwić się co zrobić z ewentualnymi resztkami kosmetyku. Dodajmy do tego bardzo delikatny i przyjemny zapach. Niestety, maska trochę się zsuwa i co chwilę musiałam ją poprawiać.
Jak było po użyciu? Resztki maseczki bardzo powoli się wchłaniają i pozostawiają lepką warstwę na skórze, dlatego polecam nakładać ją na noc. Rano mamy pięknie nawilżoną i miękką skórę, już bez lepkiej warstwy.
Komu mogę polecić tę maseczkę? Wszystkim, którzy mają problemy z suchą skórą, wiem, że zimą problem ten nasila się jeszcze bardziej.

Wiem, że notka krótka, ale za to napisałam wszystko, co napisać chciałam. Szczerze? Nie mam weny dzisiaj. Jakiś dziwny jest ten dzień... Od kolejnej notki wznawiam lolici cykl.

Do przeczytania!

niedziela, 27 grudnia 2015

Azjatyckie kosmetyki: TonyMoly Cat Wink Clear Pact (Clear Beige).

Hej!

Jak tam Święta? Najedzeni? Sezon na "zjedz, bo się zmarnuje" uważam za otwarty. No i, niestety, koniec błogiego lenistwa... Mam nadzieję, że Wasze święta były udane! Wraz z końcem lenistwa wracam do Was z kolejną recenzją. Tym razem pod uwagę bierzemy słodkiego kociaka prosto z Azjatyckiego Zakątka!


Cat Wink Clear Pact to puder, którego zadaniem jest kontrola poziomu wydzielanego sebum, wygładzenie skóry i zamaskowanie porów oraz niedoskonałości.
Pierwsze co rzuca się w oczy to przeurocze opakowanie. Słodkie łapki i ładna czcionka... niestety znikają wraz ze zdjęciem plastikowej folii, chroniącej nasze opakowanie. A szkoda, bo kociak jest naprawdę przepiękny. Zostają nam wąsiki, oczka, nos i kocie uszka. Dalej jest uroczo!


Po zdjęciu folii i otworzeniu opakowania ukazuje się nam lusterko, gąbeczka do aplikacji i oczywiście puder, oddzielony od aplikatora ochronną folią. Sama poduszeczka jest niesamowicie mięciutka, naprawdę, jeszcze nigdy nie widziałam i nie dotykałam (:3) czegoś tak mięciutkiego i miłego w dotyku!


Puder jest bardzo jasny, ale ja jestem bardzo blada, więc nadaje się idealnie. Nie używam go na całą twarz, raczej w ciągu dnia aby odświeżyć swój wygląd. W takiej roli spisuje się idealnie. Bardzo przyjemnie się go nakłada, ma jedwabistą konsystencje i bardzo ładnie "zlewa się" z twarzą a dodatkowo prześlicznie pachnie. Trzyma się bardzo długo, więc nie muszę co chwile zerkać w lusterko i się poprawiać, doskonale maskuje to, co maskować powinien.

Z początku obawiałam się, że puder będzie tylko ładnie wyglądał a tu proszę... taka niespodzianka! Wygląda naprawdę ładnie, urzeka mnie dbałość o szczegóły. Śliczny kotek, ładna wstążeczka, mięciutka gąbeczka czy urocza kocia łapka na samym pudrze. Chwyta za serce, prawda? Dodajmy do tego jeszcze skuteczne działanie i mamy fajny naprawdę bardzo fajny kosmetyk. Polecam Wam go z czystym sumieniem!

Zbliża się Sylwester. Macie jakieś plany? Mnie czeka wieczór z mym lubym i z sushi. Ostatnio nie mam ochoty na huczne imprezy, zresztą nigdy ich nie lubiłam. Będzie romantycznie i sympatycznie. Widzimy się już w... przyszłym roku!
 
Szczęśliwego Nowego Roku!

sobota, 12 grudnia 2015

Azjatyckie kosmetyki: TonyMoly Pocket Bunny Perfume Bar (Juicy Bunny) - Azjatycki Zakątek

Cześć Kochani!

Jak tam przygotowania do świąt? Ja zajadam się mandarynkami, potrafię zjeść 2kg na raz. No i sprzątam, oczywiście i takie tam. Przy okazji rozglądam się za świątecznymi prezentami. Jakiś pomysł na prezent dla dwulatki? 
Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną recenzją, chociaż pochmurna aura nie sprzyja robieniu ładnych zdjęć (musiałam robić je na parapecie). Zauważyłam, że w poprzedniej notce zaintrygował Was pewien słodki króliczek... i oto jest! Kolejne cudo od Azjatyckiego Zakątka. Zapraszam!


Szczerze? Wybierając ten produkt (mimo, że to prezent mogłam sobie wybrać) kierowałam się wyglądem, nawet nie doczytałam dokładnie co to jest. Przeczytałam, ale nie zastanawiałam się nad słowem "perfume bar", chociaż wiem co znaczy. Dlatego otwierając paczkę spodziewałam się małego perfumiku. No i mam perfum ale... w sztyfcie. Sam sztyft zabezpieczony jest dodatkowo plastikową nakładką.


Opakowanie, jak widać jest śliczne. Zarówno kartonik jak i sam perfum, uwielbiam azjatycką dbałość o detale. Zadaniem naszego kieszonkowego króliczka jest... pachnieć, to oczywiste ale dodatkowo nawilża też skórę. Zapach jest naprawdę prześliczny. Patrząc na formę, w jakiej dostajemy produkt spodziewałam się, że będzie pachnieć bardziej jak jakiś owocowy błyszczyk ale on rzeczywiście pachnie jak owocowe perfumy. Zapach jest bardzo orzeźwiający, "perfumowy" i czuć w nim cytrusy. Naprawdę prześliczny! Na Azjatyckim Zakątku wspomniane jest też coś o bergamotce, ale mój zmysł powonienia nie sięga tak daleko. Najważniejsze, że zapach mi się podoba i co najważniejsze długo się trzyma. Co do nawilżenia skóry... ciężko stwierdzić. Przecież nie wysmaruję tym maleństwem całego ciała a na tak drobnym fragmencie skóry ciężko poczuć nawilżenie.

Podsumowując... Skuszona prześlicznym opakowaniem dostałam naprawdę fajny produkt. Małe opakowanie umożliwia nam włożenie go do najmniejszej torebki a uroczy wygląd czyni z niego fajny gadżecik. Tylko... nie widzę sensu noszenia go ze sobą, bo zapach trzyma się aż za długo. Polecam!


Cóż... Recenzja krótka, bo i produkt prosty w swym użytkowaniu. Naprawdę, nie wiem co jeszcze mogłabym napisać o tym uroczym króliczku. Że jest uroczy. Bo jest. Odnotowuję u siebie jakiś gwałtowny spadek weny, prawdopodobnie wywołany świątecznymi porządkami. Ufff, dobrze, że ta recenzja taka krótka.

Trzymajcie się cieplutko!


sobota, 5 grudnia 2015

Azjatyckie kosmetyki: Etude House Rosy Tint Lips - Azjatycki Zakątek.

Hej, hej!

Na początku pragnę wszystkim bardzo podziękować za urodzinowe życzenia! Spóźnione ale szczere! Bardzo miło mi się je czytało (。♥‿♥。). Na urodziny dostałam paczkę z Azjatyckiego Zakątka, bardzo trafiony prezent. Ja mam fajne kosmetyki, a wy będziecie mieli lawinę recenzji, przerywaną recenzjami. No cóż, te prezenty to lekarstwo na mój brak weny. Przygotowani na dawkę recenzji? Zaczynamy!


Zacznijmy od tego, czym jest Azjatycki Zakątek. Otóż jest to... sklep. Tak, wiem... piszę oczywiste. Sklep na w swojej ofercie azjatyckie kosmetyki, jedzonko, gadżety i rzeczy związane z azjatycką muzyką a także dużo, dużo więcej. Ich asortyment ciągle się powiększa.

Paczka dotarła do mnie bardzo szybko, bez żadnych komplikacji ze strony sklepu. Kurier trochę nawywijał znowu zostawiając moją paczkę nie tam, gdzie trzeba... zostawił ją w księgarni. A, awizo też mi nie zostawił, chociaż uparcie twierdził, że jest inaczej. Cieszę się, że pani w księgarni znała mojego tatę. Wracając do paczki... Wszystko było bardzo dokładnie zapakowane, każdy produkt owinięty folią bąbelkową i schowane do kartonika dokładnie owiniętego taśmą. Nie było możliwości uszkodzenia produktów podczas transportu. Dodatkowo w paczce, po za moim zamówieniem, dostałam też kilka próbek. Podsumowując, sklep dostaje ode mnie 5+! Bardzo dziękuję!



Malowanie ust polubiłam niedawno, wcześniej zadowalałam się bezbarwnymi pomadkami ochronnymi. Różnego rodzaju tinty od razu skradły moje serce! Nie zawsze mam czas poprawiać makijaż, a tint dzięki swej trwałości, jest dla mnie bardzo praktycznym rozwiązaniem. Zwłaszcza ten!


Produkt zapakowany jest w śliczne pudełeczko w róże, uwielbiam opakowania azjatyckich kosmetyków, zawsze mnie zachwycają. Po wyjęciu z opakowania ukazuje nam się miękka tubka. Szczerze? Nie lubię wszelakich mazideł do ust w tubkach, bo nie umiem ich nakładać. Mój skill w malowaniu ust jest równy zeru. Tutaj, dzięki mięciutkiej gąbeczce ułatwiającej nakładanie produktu, aplikacja nie jest żadnym problemem. Gąbeczka jest naprawdę przyjemna w dotyku i ułatwia uzyskanie słynnego efektu gradient lips.


Tint ma też niesamowity zapach, który kojarzy mi się z konfiturą różaną. Niestety, na ustach szybko się ulatnia, a szkoda. Uwielbiam ten zapach!
Dotychczas spotykałam się z tintami o żelowej konsystencji, tutaj mamy coś, co przypomina krem. Dzięki temu usta są matowe, nawilżone i wyglądają bardzo naturalnie. Tak, są nawilżone. Wiele osób narzeka, że tint wysusza usta, tutaj usta są naprawdę miękkie i gładkie! Kolor może wydawać ciemny, ale dzięki swojej matowości na ustach wygląda bardzo ładnie i delikatnie. Niestety, nie jestem mistrzem ani malowania ust, ani ich fotografowania.


Szczerze, zdjęcia nie oddają uroku tego mazidła. Kolor naprawdę pięknie się prezentuje, nawet u takiego beztalencia, jak ja. Jestem naprawdę zachwycona tym kosmetykiem i myślę, że to nie moje ostatnie spotkanie z nim. Planuję zakup innych wersji kolorystycznych. Z czystym sumieniem Wam go polecam!

Do zobaczenia w... kolejnej recenzji! (°◡°♡).:。

piątek, 30 października 2015

Azjatyckie kosmetyki: Wonder Pore od Etude House.

Hej, hej!

Od razu zacznę Was błagać o wybaczenie. Nie było notki... długo, jak na mnie. Byłam we Wrocławiu, spędzałam czas z lubym, a teraz przygotowuję dom na święto (którego nienawidzę). We Wrocławiu spędzaliśmy czas naprawdę aktywnie. Udało mi się zobaczyć niesamowitą wystawę pana dr. Gunthera von Hagensa. Wiecie o czym mowa? O kontrowersyjnej wystawie BODY WORLDS & The Cycle of Life. Każdemu, kto interesuje się medycyną i naukami pokrewnymi, naprawdę polecam! Tak, wiem... wymarzone miejsce na randkę, ale lubemu też się podobało! Przy okazji byliśmy w kinie, nagrałam filmiki i zrobiłam zdjęcia dla Lepus Lunarem. Bardzo pracowity okres(*´▽`*).

A skoro już o randkach mowa... to na randce wypadałoby wyglądać. A żeby wyglądać należy mieć ładną cerę. Co wtedy, gdy nasze pory odmawiają posłuszeństwa? Znacie problem dużych porów i czarnych kropeczek? Ja niestety tak... Sięgnęłam więc po Wonder Pore od Etude House.

Nie mam pojęcia, dlaczego te zdjęcia się odwracają ._.

Napis "free gift" boli (´_`)

Zdecydowałam się na zestaw próbny z mydełkiem, który kupiłam na ebay'u za około 30zł. To mydełko najbardziej mnie intrygowało. Paczka dotarła do mnie po trzech tygodniach, ładnie zabezpieczona w pudełeczku. Dodatkowo znalazłam próbki kremów (jeszcze ich nie użyłam). Zawsze jestem pełna podziwu dla opakowań azjatyckich kosmetyków, są takie śliczne (。’▽’。)♡.


Na pierwszy ogień idzie mydełko - Wonder Pore Facial Soap. Czyli moja nowa miłość. Mydełko bardzo przyjemnie pachnie, właściwie to pachnie nim całe pudełko. Po za faktem, że czuć w nim delikatną mięte, zapach z czymś mi się kojarzył, nie mogłam sobie przypomnieć z czym. Dopiero mój luby, oglądając mydełko stwierdził, że pachnie, jak Mentos. Tak jest! No ale, nie zapach jest tutaj najważniejszy.
Zadaniem mydełka jest stworzyć delikatną pianę, która głęboko oczyści nasza skórę, przy okazji mydełko ma jeszcze troszeczkę peeligowych drobinek. Piana rzeczywiście jest mięciutka i przyjemna w dotyku, bardzo miłe uczucie na twarzy. Po umyciu twarz jest naprawdę niesamowicie czysta i jaśniejsza. Pierwszy raz widzę taki efekt!♡^▽^♡ Dużo czarnych kropeczek zniknęło, a pory się domknęły.


Jak już umyliśmy twarz mydełkiem, czas na tonik (?) - Wonder Pore Freshner. Tutaj znowu czujemy delikatny, miętowy zapach, ale jest on znacznie słabszy niż w przypadku mydełka, do tego można wyczuć alkohol. Zapach kojarzy mi się z jednym z toników Clean&Clear o podobnym działaniu, dostępnym na polskim rynku. Zadaniem toniku jest czyszczenie porów zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz przy pomocy mięty pieprzowej. Wyrównuje również pH skóry, zapobiegając powstawaniu zanieczyszczeń, a także matuje skórę i usuwa nadmiar sebum. Matuje... za bardzo. Moja cera po użyciu staje się bardzo sucha, co nie jest przyjemne. Po za tym, bardzo fajnie mi się go używa i naprawdę działa. 

Znowu zdjęcie, którego nie da się odwrócić ;_;
Twarz umyta, więc trzeba zamaskować niedoskonałości, których domyć się nie dało. Pora na Wonder Pore Corrector! Jest to żel, którego zadaniem jest poradzenie sobie z większymi porami, utrzymuje ich czystość, złuszcza martwe komórki oraz działa tonizująco, a nawet ujędrniająco! Trzeba tylko bardzo dokładnie go nałożyć, bo źle nałożony pozostawia biały "osad", po za tym lekko szczypie, gdy nałoży się go na małe ranki, czy wypryski, czego nie zauważyłam przy innych kosmetykach z tej serii. Ale szczypanie bardzo szybko przechodzi i można nałożyć podkład. Bardzo fajnie rozjaśnia wszelkie zaczerwienienia spowodowane problemami z cerą, co sprawia, że podkład wygląda i kryje jeszcze lepiej.

Podsumowując... odkładam pieniądze na kosmetyki z tej serii. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona działaniem mydełka! Taka śliczna, jasna cera! (◍•ᴗ•◍)♡ ✧*。 Kosmetyków używam już od dwóch tygodni i naprawdę widzę poprawę, jeśli chodzi o pory. Niestety te większe, bardziej "uszkodzone" nie domknęły się, ale może wszystko przede mną. Zobaczymy. Szkoda, że zestaw próbny jest taki malutki. Naprawdę polecam wszystkim, którzy mają problemy podobne do moich!

Do zobaczenia za tydzień! (♡ >ω< ♡)